strona główna > 
wybierz miasto:
B C D G K L Ł N O P R S T W Z

Poznań
galeria PIX.HOUSE
Vladimír Birgus, "Tak wiele, tak niewiele"
17.09.2019 - 24.10.2019

Przedstawianie człowieka w smutnej rzeczywistości lat 70. i 80. w państwach bloku wschodniego stało się dla Vladimíra Birgusa niemalże obsesją. Fotografie artysty prezentują prototyp anonimowej, ale właśnie dlatego dobrze znanej każdemu jednostki. Ważny jest nie tylko człowiek, ale również kultura wizualna brudnej przestrzeni publicznej – odrapane tapety, dziurawe chodniki, puste wystawy sklepów. Autor tworzy obraz ponurej atmosfery okresu, by przygotować tło dla historii, która nie ma ni początku ni końca. Fotografie nie przedstawiają fabuły, ale esencję istnienia. Niemożność spotkania, dystans, chłód dotyku, nieprzebytą odległość między dwoma istotami. Powszedni brak nadziei na pozytywną zmianę jest podkreślany wszechobecną szarością korozji. Stanem zdystansowanej emocjonalności. Synonimem zniewolenia stają się w fotografiach Birgusa puste rytuały społeczne – komunistyczne manifestacje i parady. Jak wiadomo, sensem rytuału jest wewnętrzne zaangażowanie uczestników. W pracach Birgusa widzimy jednak zrezygnowane twarze pozbawione emocji. Maski Ensora. Ludzie zlewają się z szarym tłem. Przystosowują się, by nie zwracać na siebie uwagi, by przeczekać. Jedyną obroną przed totalitarnym państwem jest stworzenie własnego świata i troska o duszę. Prace Birgusa nie są jedynie sarkastycznym obrazem oficjalnych spędów czy degradacji ludzi i ich otoczenia w okresie totalitarnym, ale są też pełne zrozumienia dla tych, którzy nie mieli dość odwagi i siły, by stawiać opór. Jednym z najbardziej wyrazistych jest zdjęcie mężczyzny w skórzanym płaszczu i kapeluszu, któremu w miejscu pracy przydzielono sztandar, który teraz musi nieść podczas uroczystości trzydziestolecia komunistycznego przewrotu w Czechosłowacji (1948 rok). Przylepiona przez tłum do szyby petersburskiego autobusu twarz człowieka staje się u Birgusa czytelnym symbolem absurdu nowoczesności – otoczeni tłumem pozostajemy samotni. Mimo że tematem fotografii są postawy moralne, autor nie ucieka się do wyśmiewania i ironii, stawia „jedynie” akcenty i pobudza do przemyśleń. Obszerne, w dużej części ciągle niepublikowane prace Birgusa z lat 70. i 80., powstające nie tylko w Czechosłowacji, ale również w Związku Radzieckim, Polsce, Rumuni i innych krajach bloku wschodniego, trafiają powoli za pośrednictwem wystaw i katalogów na powierzchnię życia fotograficznego. W przeciwieństwie do prac Dany Kyndrovej, Viktora Kolářa, Jindřicha Štreita, Jaroslava Kučery, Karla Cudlína i innych czeskich autorów, którzy w podobnym stopniu starali się przekazać autentyczne a zarazem nierzadko zabarwione ironicznie spojrzenie na kontrast między oficjalną propagandą a ponurą rzeczywistością totalitarnej normalizacji, większość twórczości Birgusa pozostała przez dziesięciolecia niepublikowana. Przewaga tych archiwalnych zdjęć ma dla widza charakter objawienia. Prace nie są obciążone balastem stereotypów i stygmatów z zakresu historii sztuki, więc widz może je odebrać w surowej postaci i wypełnić przestrzeń subtelną rozmową z obrazem. Złowieszcze cienie rodem z Muncha, kapiąca cisza, industrialny bezczas, ołowiane krajobrazy bez względu na lokalizację w Czechach lub poza nimi stanowią uniwersalne atrybuty fotografii Birgusa z okresu czechosłowackiej normalizacji. Znamiennym jest, że mimo iż autor już od początku lat 80. tworzył kolorowe, subiektywne dokumenty, zdecydowana większość jego obrazów życia w komunizmie jest czarno-biała. Fotografie Vladimíra Birgusa z lat 70. i 80. mają bez wątpienia wartość archiwalną - jako subiektywna dokumentacja czasów minionych. Jednocześnie jednak niosą one uniwersalne przesłanie dla jednostki i społeczeństwa. Stały się częścią fotograficznego dziedzictwa i ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń. Prace Birgusa dojrzewają, jawiąc się dzisiejszemu widzowi w niewiarygodnie dobrej kondycji. Ich energia nie podlega prawu entropii. Jeśli dostroimy się do tej fali przepływu, będziemy coraz częściej wracać do zdjęć Birgusa, które nie tylko przynoszą wizualną przyjemność, ale prowadzą nas do głębszej refleksji o świecie i nas samych. (Jiří Siostrzonek)

[zwiń]

   »

W październikowym „Arteonie”: w rubryce „Duchowość w sztuce” Tomasz Biłka OP pisze o chrystologii Jerzego Nowosielskiego i omawia program artystyczny tego wybitnego twórcy. Wojciech Delikta przybliża postać sławnej kolekcjonerki Peggy Guggenheim w kontekście weneckiej wystawy jej zbiorów. Z kolei pokaz „09.39. Wojna”, zorganizowany przez krakowską Otwartą Pracownię, komentuje Joanna Winnicka-Gburek. Z okazji debaty „Gdzie jest granica? Prawa i godność człowieka a sztuka współczesna”, która odbędzie się na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych 30 października, Karolina Staszak porusza ten temat w najnowszym „Arteonie”. W październikowym „Arteonie” także: toruńskie 11. Triennale Małych Form Malarskich omawia Kajetan Giziński. Agnieszka Salamon-Radecka przygląda się wystawie „Wkraczając w nowy wymiar. Twórczość Sophie Taeuber-Arp”, odbywającej się w CK Zamek w Poznaniu. Wrocławski TIFF Festival recenzuje Wojciech Skibicki. Wystawę „Obiekt – przestrzeń”, zorganizowaną z okazji 100-lecia Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, recenzuje Maria Roszyk. Sebastian Kochaniec z kolei recenzuje wystawę Wojciecha Gilewicza pt. „Hanoi Hello!” w białostockiej Galerii Arsenał. Jerzy Fober przedstawia twórczość Andrzeja Szarka. Alicja Wilczak w rubryce „Zaprojektowane” pisze o biżuterii z tworzyw organicznych i naturalnych.W październikowym „Arteonie” ponadto inne artykuły, aktualia i stałe rubryki.

Okładka: Jerzy Nowosielski, „Zbawiciel”, 1965, olej na płótnie, 80 x 60 cm, nieistniejąca od 2015 roku kaplica pw. św. św. Borysa i Gleba Fundacji św. Włodzimierza w Krakowie, fot. Grzegorz Dąbkowicz OP

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Nowosielska chrystologia ikony
Duchowość w sztuce
Tomasz Biłka OP

Spór wokół Nowosielskiego nie tyle dotyczy kwestii wiary, ile jej czystości. Kontrowersji nie budzi bowiem możliwość przedstawiania postaci Chrystusa, Maryi i świętych, lecz sposób. Owo „jak” przedstawienia wyznacza istotę ortodoksji. Stawką w dyskusji o „kształt” ikony jest – jak się wydaje – nie tylko malarstwo sakralne Nowosielskiego, lecz i prawowierność wizerunku Chrystusa, jaki od wieków czci Kościół łaciński; wszak Nowosielski, posługując się językiem ikony, maluje kenozę boskiego Logosu, czyli to, jak tajemnicę (misterium Chrystusa) ukazują zachodnie przedstawienia. Środki, jakimi posługuje się w tym celu: wschodni język w połączeniu z – mówiąc umownie – zachodnimi treściami, wytycza nowe perspektywy obrazowania. Choć nie jest to zupełnie nowa droga, pozbawiona właściwych sobie analogii, wymaga ona teologicznej refleksji.

Jerzy Nowosielski, krzyż ołtarzowy ze scenami pasyjnymi, 1995, akryl na desce, 109 x 74,5 cm, nieistniejąca od 2015 roku kaplica pw. śś. Borysa i Gleba Fundacji św. Włodzimierza w Krakowie, fot. Grzegorz Dąbkowicz OP

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Ostatnia dogaressa
Wystawa kolekcji Peggy Guggenheim
Wojciech Delikta

Palazzo Venier dei Leoni trafił w ręce Peggy Guggenheim, gdy ta zakupiła go w 1949 roku. Wenecki pałac z XVIII wieku potrzebował gruntownego remontu, a Amerykanka dachu nad głową. Schronienia domagały się także dzieła sztuki, które przywiozła ze sobą z Nowego Jorku. W rodzinnym mieście nie czuła się już mile widziana. Echem skandalu odbijały się po Manhattanie zarówno jej romanse, ekscentryczne zachowania, jak również estetyczne wybory – zbyt śmiałe, zbyt nowoczesne. Tak oto dziedziczka rodzinnej fortuny i adoratorka sztuki osiadła nad laguną, stając się niejako wenecką dogaressą. Temu ostatniemu rozdziałowi życia Peggy Guggenheim poświęcona została wystawa w ufundowanym przez nią w 1951 roku prywatnym muzeum, mieszczącym się we wspomnianym Palazzo Venier dei Leoni. Ekspozycja „The Last Dogaressa”, składająca się z ponad 60 dzieł zakupionych do zbiorów w latach 1948-1979, śledzi ścieżkę kariery kolekcjonerki, a zarazem skupia się na jej proartystycznej aktywności w Wenecji, której honorową mieszkanką stała się w 1962 roku.

Peggy Guggenheim, Wenecja, 1968, fot. Tony Vaccaro, Peggy Guggenheim Collection

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Serce i pamięć
„09.39. Wojna” w Otwartej Pracowni
Joanna Winnicka-Gburek

Ikonografia cierpienia ma w europejskiej sztuce długą historię, a obrazy opresji są liczniejsze niż te afirmujące rzeczywistość. I nie dotyczy to tylko sztuki chrześcijańskiej, w której tematyka pasyjna zawsze była i jest obecna na pierwszym miejscu, a wizerunki mąk piekielnych witały wiernych w tympanonach portali katedralnych. Jednak dopiero od czasu  „Okropności wojny” (1810-1820) Francisca Goi, opowiadających o torturach i egzekucjach w czasie walk napoleońskich na terenie Hiszpanii, do sztuki wkracza nowy standard reakcji na cierpienie. Zaatakowana jest wrażliwość widza. Grafiki miały prowokować i zaświadczać, że wojna jest zawsze odrażającym barbarzyństwem i trzeba położyć jej kres. Wspominam hiszpańskiego malarza w 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej, ponieważ jego przekaz pozostał uniwersalnym. Malarze zaproszeni do uczestnictwa w wystawie „09.39. Wojna”, realizowanej w ramach projektu „Rzecz(nie)pospolita” w krakowskiej Otwartej Pracowni, również pokazują jej „okropności”.

Zenona Cyplik – Olejniczak, „Numer Ojca wypalony na moim sercu”, 2017, yetprint, 11,5 x 15 cm, fot. Marcin Gulis / materiały prasowe Otwartej Pracowni

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Odzyskać znaczenie
Debata o granicach w sztuce
Karolina Staszak

Sztuka zupełnie niedawno zyskała uprawnienia, o których zwykle się mniema, że są odwieczne. Jednym z nich jest prawo do bycia poza dobrem i złem. Łatwo jest interpretować to prawo jako «niezbywalne», utożsamiać je z wolnością i w imię tejże wolności domagać się jeszcze bardziej radykalnej separacji między sztuką i etyką” – pisała Romana Kolarzowa w tekście pt. „Między grą a sumieniem. Z problematyki nowej sztuki” („Estetyka i Krytyka” 2 [5/2003]). Zauważa dalej, że o ile także nauka sytuuje się niekiedy poza dobrem i złem, o tyle przypadki takie tłumaczone są przyszłym dobrem ludzkości, które osiągnąć można tylko wtedy, gdy uprzednio pozwoli się naukowcom na pewną (tymczasową!) swobodę działań, natomiast sztuka współczesna, wysuwając podobne roszczenia, nie dostarcza nam żadnych argumentów. Nie do końca jest to prawda, wszak niektórzy artyści i teoretycy uważają, że sztuka jest w stanie wytworzyć wiedzę istotniejszą od tej, którą zawdzięczamy nauce – właśnie dlatego, że nie musi się przejmować żadnymi ograniczeniami ani standardami. A więc w obszarze sztuki tymi, którzy potrzebują absolutnej autonomii, są artyści-badacze – zdecydowanie irracjonalni, silnie przywiązani do romantycznego mitu poety, będącego na równi z Bogiem – ale także, jak ironicznie odnotowuje Kolarzowa, „«ludzie wrażliwi», szczególnie cierpiący od przymusu”, gdyż etyka wytwarza opresję, której nie potrafią znieść. Czy jednak sztuka współczesna rzeczywiście jest zupełnie poza dobrem i złem? Czy świat ten pozbawiony jest wartościowania?

Jacek Hajnos OP, „Adam Łukasik”, z cyklu „Różnice”, fot. dzięki uprzejmości artysty

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Obraz obrazkowi nierówny
Triennale Małych Form Malarskich
Kajetan Giziński

Cieszę się, że nadal funkcjonują imprezy, w tym takie z wieloletnią tradycją, dedykowane małym formom. Niestety, w pogoni za widowiskiem zarówno artyści, jak i publiczność coraz rzadziej doceniają mały format, który w wyniku tego ma coraz mniej do powiedzenia, pomimo naprawdę sporych możliwości. Skromny rozmiar wywołuje bowiem automatycznie zupełnie inny rodzaj percepcji niż rozmiar standardowy, a dzieje się tak poza udziałem woli. Sama konieczność patrzenia z bliska sprawia, że można dostrzec więcej – wzrok jakby się wyostrza. Z tego właśnie powodu Jan Stanisławski malował swoje „znaczki pocztowe”, podczas gdy Jacek Malczewski tworzył kolejne monumentalne dzieła. W wielkim formacie szuka się gestu, a w małym myśli. Z myślą w małym formacie nie jest jednak obecnie najlepiej. Z okazji 11. Triennale Małych Form Malarskich ściany Galerii Sztuki Wozownia pokryte zostały naprawdę sporą liczbą prac. Spacerowałem powoli, przyglądając się po kolei każdej, aby nie pominąć niczego istotnego, czym spowodowałem, że również personel zaczął przyglądać się mnie. Teraz widz galerii prezentującej sztukę współczesną niepokoi swoim zainteresowaniem trwającym dłużej niż pół godziny. Co gorsza, wygląda na to, że także artyści zakładają, że przeciętny odbiorca jest niezdolny do skupienia, że będzie błądził wzrokiem w poszukiwaniu czegoś efekciarskiego czy kontrowersyjnego.

Maria Cichoń, z cyklu „Różne odcienie czerwieni I”, kolaż, materiały prasowe Galerii Sztuki Wozownia

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Mistrzyni niemych form
Sophie Taeuber-Arp w Poznaniu
Agnieszka Salamon-Radecka

Upraszczała swoje obrazy, obnażała je odkrywając ich dusze i w czystości tych ponadprzestrzennych, ponadczasowych obrazów, z jej marzeń rodziły się widziane wewnętrzną źrenicą duchowe twory” – tymi słowami w 1948 roku metodę twórczą swej niedawno zmarłej żony określił Jean Hans Arp (1877-1966), francuski artysta-abstrakcjonista. Sophie Taeuber-Arp (1889-1943), bo o niej tu mowa, była wszechstronnie utalentowaną plastyczką i tancerką, której najważniejszym wkładem w rozwój sztuki XX wieku było wypracowanie indywidualnej wersji abstrakcji geometrycznej, czemu poświęciła się w latach 1926-1943. Ten to fragment jej artystycznego dorobku prezentuje otwarta 12 września w poznańskim Centrum Kultury Zamek wystawa zatytułowana „Wkraczając w nowy wymiar. Twórczość Sophie Taeuber-Arp”.

Sophie Taeuber-Arp, „Cztery przestrzenie ze złamanym, niebieskim krzyżem”, 1932, ołówek, gwasz na papierze, 36,8 x 27,5 cm, z kolekcji Fundacji Arp e. V. / Collection Stiftung Arp e. V., materiały prasowe CK Zamek w Poznaniu

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Zderzenie perspektyw
TIFF Festival
Wojciech Skibicki

TIFF Festival odbywający się we Wrocławiu jest bez wątpienia jednym z ważniejszych festiwali fotograficznych w Polsce – obok łódzkiego Fotofestiwalu i krakowskiego Miesiąca Fotografii. Jednak jeśli chodzi o skalę dwóch pozostałych wydarzeń, Wrocław zostaje daleko w tyle. Jest to odczuwalne niemal na każdej z festiwalowych wystaw, przede wszystkim, gdy zwraca się uwagę na skromne przestrzenie, w których są one prezentowane. Jest w tym jednak pewna kameralność, która nie musi być minusem tej imprezy, stawiającej sobie za cel wychodzenie poza granice medium fotograficznego. W tym roku organizatorzy wybrali temat „Światy”, a zapowiedź brzmiała obiecująco: „Przyglądamy się naszej rzeczywistości poprzez pryzmat innych światów. Zaglądając w przyszłość, zmieniając perspektywę widzenia, czy wyobrażając sobie utopię, będziemy mówić o zupełnie realnych problemach, punktach zapalnych czy marzeniach dzisiejszego świata”. Zaplanowano kilka sekcji: Program Główny (trzy wystawy), sekcję TIFF Open (trzy wystawy z naboru otwartego oraz pokaz slajdów), a także PreTIFF, czyli dwa wydarzenia poprzedzające oficjalne rozpoczęcie festiwalu. Nie zabrakło również oprowadzań, warsztatów i wieczornych imprez, połączonych z premierami zinów festiwalowych.

Agnieszka Sejud, z cyklu „Hoax”, materiały prasowe TIFF Festival

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Obiekty historyczne
Wystawa na stulecie Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu
Maria Roszyk

Otwieram lekko zakurzone pudełko pełne białych kartoników, fotografii, wycinków prasowych. Białe przegródki podpisane są nazwiskami wybitnych pedagogów i artystycznych osobowości: Abakanowicz, Potworowski, Kozłowski, Gustowska, Knaflewski.
Tymi nazwiskami przyciąga wystawa „Obiekt – Przestrzeń”, otwarta we wrześniu w poznańskim Muzeum Narodowym z okazji stulecia Uniwersytetu Artystycznego. Jest to pokaz zbudowany wokół indywidualności – kilkunastu wybranych twórców, związanych na przestrzeni lat z poznańską uczelnią. Jako punkt zwrotny w historii placówki dostrzeżono działalność Stanisława Teisseyre’a, który był jej rektorem w latach 1947–1950 oraz po roku 1965 – ta druga kadencja była przełomowa. Teisseyre sprowadził do Poznania takich pedagogów, jak Jan Berdyszak, Magdalena Abakanowicz czy Piotr Potworowski, przez co uznany został za reformatora ówczesnej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Dołączenie cenionych osobowości artystycznych do grona profesorów uczelni oznaczało daleko idące zmiany w jakości kształcenia i programie nauczania. Charakter twórczych poszukiwań pedagogów otworzył studentów na nowe możliwości ekspresji i wykorzystania medium, a kontakty profesorów pozwoliły na nawiązanie interesujących kolaboracji w kraju i za granicą. W roku 1970 zreformowana uczelnia, świętując swoje 50-lecie, zorganizowała pokaz twórczości pedagogów w Muzeum Narodowym po raz pierwszy. Zaznaczył on moment przeniesienia środka ciężkości z przedmiotów projektowych (poznańska uczelnia, powołana w 1919 roku do życia jako Szkoła Zdobnicza, kształciła początkowo rzemieślników, później projektantów form przemysłowych oraz architektów wnętrz) w stronę sztuk pięknych. Zapoczątkował również myślenie o uczelni artystycznej jako kształtowanej przez „twórcze indywidualności”. Wyjątkowy charakter tamtej wystawy podkreślała oryginalna aranżacja autorstwa awangardowego architekta i scenografa Stanisława Zamecznika. Wyborem kuratorów, Anny Borowiec i Mateusza Bieczyńskiego, wystawa z okazji stulecia UAP stanowi odwołanie do tej z roku 1970, a praca Zamecznika – inspirację dla aranżera Rafała Górczyńskiego.

Widok wystawy w MNP, fot. Sylwia Baran, materiały prasowe MNP

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Podróż za jeden uśmiech
„Hanoi Hello!” Wojciecha Gilewicza w Białymstoku
Sebastian Kochaniec

„Hanoi Hello!” to struktura narracyjna, zbudowana z filmów powstałych podczas podróży artysty po Azji, w których – mówiąc ogólnie –dokonuje on wiwisekcji pewnych aspektów rzeczywistości społeczno-politycznej, a także dotyka kwestii związanych z funkcjonowaniem i postrzeganiem sztuki – głównie malarstwa, co jest charakterystycznym motywem jego prac. Dziewięć autonomicznych projekcji, zdaniem kuratorki Aleksandry Kluczyk oraz (uwaga!) mentorek wystawy: Sylwii Narewskiej i Ewy Tatar, tworzyć ma opowieść o uprzywilejowanej pozycji obcego wnikającego w daną kulturę. Ten wyraźnie zapożyczony z dyskursu antropologii motyw ja-obcy jest najważniejszą osią interpretacyjną wystawy, a postawę artysty porównuje się do takich klasyków antropologii, jak chociażby Bronisław Malinowski. Gilewicz przenika do odrębnej dla nas kultury i prezentując się jako badacz-etnograf, pracuje na pewnych artefaktach, sam także tworząc takowe w celu przekazania nam czegoś istotnego na temat poznawanej rzeczywistości i nas samych. Zastanawiam się tylko, w jakim stopniu ów artysta-badacz jest tu wykreowany, a w jakim autentyczny oraz – co z powyższego wynika – na ile, posługując się sztuką jako narzędziem zmiany społecznej, jest w stanie za jej sprawą stawiać społeczeństwu diagnozy, a na ile jedynie mnożyć kolejne wątpliwości?

Wojciech Gilewicz, „Visitor”, Korea Południowa, 2010, wideo, prezentacja w Hort Cafe w Białymstoku , fot. Maciej Zaniewski, materiały prasowe Galerii Arsenał w Białymstoku

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Sztuka to życie
Dossier | Andrzej Szarek
Jerzy Fober

Moim ludzikom w ich świecie nic nie grozi – bo ja jestem ich panem” – to krótkie, sformułowane na początku artystycznej drogi zdanie, pomimo upływającego czasu i rozwoju twórczej osobowości jego autora, pozostaje nadal aktualne i zaskakująco trafne. Zresztą ze wszystkim, czego Andrzej Szarek dotyka w obszarze sztuki (szerzej kultury), lubi trafiać w przysłowiową dziesiątkę. Owe ludziki, powołane do życia jeszcze w czasie studiów na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i tak znacząco podsumowane w pracy dyplomowej „Wieża Babel” z 1985 roku, w kolejnych mniej lub bardziej monumentalnych realizacjach nieustannie przypominają o swoim istnieniu i uniwersalnym związku z naszą codziennością. Jest to wciągająca wspomnianą trafnością, niepozbawiona ironii, krytyczna opowieść o człowieku, ubarwiona często oryginalnym poczuciem humoru. Opowieść zbudowana z prozaicznych drobiazgów, składających się na całość każdego ludzkiego życia. Szarek dostrzega przestrzeń i nieskończoność w najbardziej pospolitych przedmiotach, a jego rzeźbiarska ingerencja pozwala wrażliwemu odbiorcy (jeżeli tylko tego chce) na podobne doznania.

Andrzej Szarek, „Baranku Boży”, 2014, granit, żelazo, drewno, 60 x 40 x 35 cm, fot. P. Droździk, dzięki uprzejmości artysty

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Pejzaż nadmorski
Biżuteria z tworzyw organicznych i naturalnych – Hanna Kowalska
Alicja Wilczak

Jest wielu twórców, którym udało się nadać oryginalną, nowoczesną formę lub oprawę bursztynowi w swoim własnym stylu. Wśród nich jest projektantka młodego pokolenia, Hanna Kowalska (rocznik 1995!), która rozpoczyna dopiero swoją drogę twórczą. Jej projekty zostały wyróżnione w konkursie Amberif Design Award w 2018 roku, a w roku 2019 jej biżuteria znalazła się wśród wystawianych prac uznanych autorów, m.in. zaprezentowana za granicą podczas Tygodnia Mody w Mediolanie.
Artystka stworzyła unikatowe rzeźbiarskie obiekty biżuteryjne. Są to głównie brosze i naszyjniki z bursztynami, kamieniami oraz szkłem zatopionymi w żywicy zmieszanej z piaskiem. Jej prace przypominają zlepione kleksy wilgotnego błota, w które wetknięte są kolorowe skarby. Nieregularna forma bursztynu i kamieni w pofałdowanym jakby przez fale piasku nawiązuje do naturalnego oblicza kopalnej żywicy i minerałów. Inspiracją dla autorki jest jej mała ojczyzna – krajobraz polskiego wybrzeża. Tak jak pejzaż nadmorski bywa poddawany siłom żywiołów, tak i tu zaznaczona jest ekspresja. Natura przybiera jednak określoną, przemyślaną formę, opartą na kompozycji, rytmie, fakturze i kolorze. Ekspresja tych obiektów jest raczej wyważona i łagodna. Walory estetyczne materiałów: gama brązów, żółcieni, czerwieni, błękitów oraz blask, transparentność bursztynu i szkła w jej biżuterii dopełnione są oprawą szarości i beżu piasku. Wszystko to składa się na osobliwy zestaw obiektów, który nie wpisuje się w trendy popularnej estetyki. To, co jest cenne i pożądane w jubilerstwie, czyli bursztyn, zostało oprawione w piasek, który dla jubilera nie ma wartości materialnej i estetycznej.

Naszyjnik autorstwa Hanny Kowalskiej, fot. materiały prasowe Galerii YES

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym